This War of Mine. Najlepsza gra kooperacyjna?

Na forach internetowych pojawia się ostatnio wiele zdjęć pudełek dopiero co zakupionych egzemplarzy This War of Mine. Wiele osób nie może się doczekać jej dostarczenia przez pocztę albo tego momentu kiedy już zagrają solo lub z ekipą. Ja sam odbierając grę rano w dniu premiery jarałem się jak stodoła na teksańskiej farmie.- To ten dzień! To dziś zagram! – Krzyczałem sam do siebie.

Tekst pierwotnie został opublikowany na grupie Facebook.com. Zwykle nie umieszczamy na ZP tekstów niepremierowych, ale tutaj robimy wyjątek, bo chcemy żeby nie tylko członkowie zamkniętych grup lub forum, mogli zapoznać się z ciekawymi wypowiedziami innych miłośników gier planszowych.

 

Żona jednak podchodziła do sprawy z dystansem. Na chłodno. Trochę mnie to irytowało, bo tylko ja zachowywałem się jak świr.
– OK, na spokojnie – mówiłem do siebie – przecież nawet w to nie grałeś…

Opowiadałem chwilę o tej grze żonie starając się ją zarazić tym „hajpem”. Wszak, obydwoje uznaliśmy, że więcej gier nam nie potrzeba (sic!). To czemu akurat ta gra musiała złamać to grudniowe postanowienie?

Zdjąłem folię z pudełka, wycisnąłem żetony, odpakowałem karty. To taka moja mała ceremonia. Czytam Dziennik, przeglądam Księgę Skryptów. Wszystko solidnie zrobione. Karty dobrej jakości. Figurki ładne, wykonane poprawnie – wstydu nie ma jak to miało miejsce w przypadku Posiadłości Szaleństwa. Wypraska mieści wszystkie żetony i karty. Jest dobrze wykonana. O tym, że wszystko ma swoje miejsce przypomina nam również Dziennik, który sam proponuję miejsce dla każdego elementu gry. Niestety wydaje mi się, że ciężko będą mieli fani koszulkowania kart. Wypraska jest zrobiona raczej na styk. Jednak gdyby kilka rzeczy „przemeblować” to na siłę się zmieści.

– Ola! Ola patrz. Tu masz takie plansze i figurki i skrypty i dziennik i… – lecz żona opuściła pokój lekko znużona moim jaraniem się kawałkami plastiku i tektury. Ten model tak ma. Sama kiedyś powiedziała:
„Mnie nie kręci gadanie o grach. Ja po prostu uwielbiam z tobą wygrywać!”. Jednak tutaj będzie musiała trochę zmienić swoje nastawienie. Wszak to kooperacja.
Wieczorem zasiedliśmy do gry. Zachęcony opowieściami o systemie gry „open & play” rozłożyłem wszystko przekonany, że zaraz sobie rozpoczniemy walkę o życie bez jakiejkolwiek nauki zasad.

Uwinęliśmy się z tym w około siedem, do ośmiu minut. Cała plansza wygląda rewelacyjnie, wszystko uporządkowane i czytelne. Każda talia, lub nawet pojedyncza karta, ma tu swoje miejsce.

Sama plansza ma wielkość sześciu standardowych pudełek do gry. Dla niektórych osób może być to dużo. Mimo wszystko plusem jest to, że poza planszą właściwie nie trzeba trzymać zbyt wielu elementów. Trzy do czterech postaci razem z ich oznaczeniami stanów – to wszystko.

Dziennik, który trzymałem namiętnie w rękach ma zastępować instrukcję. Prowadzi nas krok po kroku za rękę przez całą kampanię. Czytam wszystko, ciągnę kartę rozdziału pierwszego, układam cele, ciągnę wydarzenie, czytam klimatyczny wstęp. Wow idzie jak po maśle! Przy kolejnym etapie jednak pojawiła się mała niejasność co do akcji. Jakby coś nas otumaniło.
– Ale, że niby kto robi ile ruchów?! – Mówiłem do Oli, zastanawiając się nad tym, czego ja tu nie rozumiem?
Po krótkiej chwili rozmyślania nad najprostszą zasadą w dzienniku, stwierdziłem że to jednak nie jest „Ten Dzień”. Zmęczenie po pracy chyba wygrało, a nie chciałem zrobić na starcie czegoś źle.

Zawiedziony nieudanym startem spakowałem grę… Okazja na jej ponowne rozłożenie trafiła się dwa tygodnie później z naszymi przyjaciółmi. Ja plus-minus nakreśliłem co z czym, jak i od której strony. Dziennik do rąk i lecimy z tematem! I poszło gładko. To naprawdę działa! I to rewelacyjnie. Co jakiś czas pojawiały się tylko drobne wątpliwości, które rozwiane zostały przez dokładniejsze doczytanie Dziennika lub szerzej opisane zasady w Księdze Skryptów pod odpowiednim numerem.

Mechanika w grze jest rewelacyjna. Widać jej dopracowanie. Ciężko nie zauważyć tutaj podobieństw do Robinsona Crusoe. Mimo wszystko gra jest przyjemniejsza. Dużo osób narzeka na losowość, która niespodziewanie może zakończyć naszą kampanię. Szczerze? Uważam, że dzieło Ignacego Trzewiczka potrafi bardziej dokopać, jeśli chodzi o negatywny wpływ losowości. W This War of Mine losowość mi pasuje.

Jednak to nie samo robienie akcji, rzucanie kostką, ciągnięcie i odkrywanie kart jest tutaj sercem gry. Prawdziwy charakter grze nadaje Księga Skryptów. Ponad 1900 skryptów odpowiada za klimat gry, który tutaj wylewa się litrami. Każdy z nich, do którego odsyłają nas karty w grze, ma nas wciągnąć w opowieść i postawić niejednokrotnie przed bardzo trudnymi wyborami. Głodujące Dzieci proszą nas o jedzenie. Mamy tylko tyle by samemu nie zgłodnieć. Dać jedzenie i samemu na tym ucierpieć, ale dzięki temu coś zyskać czy odejść bez słowa i ponieść konsekwencje tych działań?

Po chwili ciszy od odczytania skryptu, pojawia się pierwszy głos rozsądku:
– Olać to! Sami musimy zjeść! – krzyknęła Marta.
– Co Ty gadasz, to przecież dzieci! – oburzyła się Candice.
– Cholera, muszę się napić… – wymamrotał pod nosem Dawid.
Ja sam już stojąc rozemocjonowany od dobrych 30 minut, mimowolnie szukam szklanki z drinkiem.
– Candice ma rację. Będziemy mieli przewalone jak odejdziemy – mówię.
– No ale co niby może się stać jak im nic nie damy? Zobacz co jest tam napisane. – proponuję Ola.
– Nie! – Dawid gwałtownie zablokował dłonią możliwość znalezienia skryptu przez Martę, mówiącego o konsekwencjach naszej potencjalnej ucieczki…
– Przecież nie możemy teraz tego wiedzieć. Musimy zadecydować i wtedy się przekonamy. Ryzykujemy?
Po chwili namysłu zdecydowaliśmy się nie oddawać jedzenia.

Konsekwencję? Wiedzieliśmy, że nas nie ominą i tak też się stało. Dowiedzieliśmy się o nich na początku nowego rozdziału.
Nie spotkałem się jeszcze z planszówką, z której wylewa się tyle klimatu na gracza. Można wiadrem zbierać, a i tak będzie się przelewać. Każdy z kim grałem z zapartym tchem słuchał i przeżywał odczytywany skrypt. Niesamowite doświadczenie.

Mimo długiej rozgrywki nikt za bardzo nie czuję upływającego czasu.
– Piąta godzina grania? Co z tego? Dom sam się nie ogrzeje i nie obroni przed intruzami.
Ale dla kogoś ta długość może być problemem i dla takich osobników przewidziano zapis gry. Po każdym rozdziale mamy możliwość wpisania swojego stanu gry na specjalnie przygotowany do tego arkusz. Jest on jakby miniaturką planszy, na której gramy. Gdy bloczek się skończy Galakta udostępnia plik, aby móc samemu sobie taki arkusz do zapisu wydrukować. Świetna sprawa. 5-8 minut pakowania i 5-8 minut rozpakowania gry. Sprawdziłem – działa.

Nie działa za to idealnie skalowanie gry. Wszystko zależy od zgrania ekipy. Na BGG najczęściej polecaną opcją jest gra solo. Grałem również w opcję dwu, trzy i pięcioosobową. Każda konfiguracja miała swoje wady i zalety. Niewątpliwą zaletą gry na 1-2 graczy jest mniejszy czas rozgrywki spowodowany między innymi ukróconymi dyskusjami na temat tego co kto robi. W grze gdzie będzie grało od 4 do 6 graczy z pewnością pojawią się kłótnie. Pewne akcje mogą się odwlekać ze względu na mnogość opinii – wszak każdy ma swoje zdanie. Po części ten problem rozwiązuje Dziennik. Ten kto go trzyma w ręce podejmuję decyzję i jako jedyny dotyka elementów gry. To nie oznacza, że kłótni nie będzie ale czy to nie przybliża nas chociaż trochę do sytuacji w opuszczonym domu, który zamieszkuje kilku obcych dla siebie osób, które próbują przetrwać? Rozmowy na takie tematy raczej nie należą do spokojnych, jeśli przytrafiają się komuś naprawdę.

Gra This War of Mine: Gra Planszowa to zdecydowanie gra, która wzbudza wiele emocji. Co najdziwniejsze są to emocje skrajne. Nie da się przejść obok tej gry obojętnie.
Michał Oracz i Jakub Wiśniewski podeszli do tematu wyjątkowo nowatorsko. Brak instrukcji to niewątpliwie zabieg odważny. Moim zdaniem sprawdził się doskonale. Mimo, że przy pierwszej rozgrywce nie brakowało pytań i drobnych błędów to działa to świetnie. Chapeau bas!

Regrywalność jest na wysokim poziomie. Mimo, że same akcje będą się w pewnym sensie powtarzać to o różnorodność rozgrywek zadba ponad 1900 skryptów. Daje to dziesiątki, jeśli nie setki godzin dobrej rozrywki.

Klimat w grze jest niesamowity, niesamowicie dobry i niesamowicie ciężki. To przede wszystkim historia, którą się przeżywa w większym lub mniejszym stopniu podczas gry. Nie zgodzę się jednak z tym, że gra dołuje i nie pozwala się cieszyć z rozgrywki. Być może są takie osoby, którym tak ciężkie tematy nie odpowiadają. My za to po każdej partii omawialiśmy ją jeszcze długo po złożeniu gry. Czy wybór lokalizacji był odpowiedni? Czy handel można było przeprowadzić inaczej? Gdy postawiłbym kogoś innego na warcie to byśmy przeżyli? Przyjemne to i przerażające zarazem.

This War of Mine polecam każdemu, kto jest fanem kooperacji i chce przeżyć grę, a nie tylko być jej obserwatorem. W tej chwili jest to dla mnie najlepsza gra kooperacyjna. Jak będzie z kolejnymi rozgrywkami? Myślę, że jeszcze długo będzie na wysokim poziomie.

Zdjęcia: Michał Hofman, Wojciech Nowak.